Aktualności

Przedpremierowy fragment książki
01.09.2021

Przedpremierowy fragment książki "Już nie chcę być człowiekiem" Pietera van Osa!

Już 15 września 2021 premierę będzie miała poruszająca książka „Już nie chcę być człowiekiem. Opowieść o przetrwaniu Zagłady” Pietera van Osa. To opowieść o Żydówce urodzonej w Warszawie, której losy splatają się z tragiczną wojenną historią. Przeczytaj przedpremierowy fragment już dziś!

 

Po długim dniu spędzonym w pociągu dziewczęta zapukały do drzwi niewielkiego gospodarstwa, w którym pracowała siostra Kaśki. Gospodyni dała im coś do picia. Mala wspomina, że siostry ucieszyły się ze spotkania, a gospodarz i gospodyni okazali się „mili”. Mimo to siostra Kaśki jadała osobno, choć była tam jedyną osobą obcego pochodzenia. Obawiano się „zhańbienia rasy”. Dziewczęta jadły we czwórkę w kuchni, podczas gdy gospodarz i gospodyni spożywali kolację w pokoju.

Im więcej osób obcego pochodzenia przybywało do Rzeszy, tym większe były obawy zwolenników nazistowskiej ideologii przed skażeniem rasy. By mu zapobiec, powstały nowe regulacje zabraniające mieszania się ras w intymnych związkach i utrudniające humanitarne traktowanie zagranicznych pracowników: dawanie im jedzenia, picia czy tytoniu poza oficjalnym przydziałem. Wszystkie te zarządzenia można streścić w zdaniu: „Unikaj obcokrajowców jak zarazy”. Gazety kładły nacisk na przestępstwo dobrowolnego kontaktu z poślednimi rasowo kreaturami, takimi jak Polacy, Rosjanie i Ukraińcy, które miało wynikać z „pogardy dla własnej krwi”. Stosunki intymne z przedstawicielami „gorszej rasy” były oczywiście zabronione. Himmler wydał dyrektywę mówiącą o tym, że „każdy nielegalny stosunek seksualny” będzie karany śmiercią. Nie stosowano się do niej jednak dosłownie i nie za „każdy nielegalny stosunek seksualny” rzeczywiście stosowano tę karę. Szczególnie w gospodarstwach rolnych powszechne były związki natury intymnej między niemieckimi nadzorcami a przymusowymi pracownicami. Celem rozporządzenia było zmniejszenie intensywności tego zjawiska. I jak wiele innych drakońskich nazistowskich zarządzeń, również i to mogło być przydatne w sytuacji, gdy wyżej postawiona osoba chciała zastraszyć osobę sobie podległą. A to zdarzało się często. Latem 1942 roku powodem przynajmniej osiemdziesięciu procent aresztowań przeprowadzonych przez Gestapo w Niemczech była zbyt zażyła relacja z obcokrajowcem.

Chłop, u którego pracowała siostra Kaśki, pozwolił dziew- czętom spędzić noc w gospodarstwie, pod warunkiem że rano zgłoszą się na posterunek. Zapewnił, że radzi im tak w dobrych zamiarach – jeśli zostaną przyłapane przez policję, ich sytuacja nie będzie wyglądać najlepiej.

Na posterunku policji dziewczęta opowiedziały, że przyjechały pociągiem z Polski w nadziei na znalezienie pracy. Użyły podobnej wymówki, z której wcześniej skorzystała Mala z bratem Meirem: wysiadły z pociągu za potrzebą. Po powrocie okazało się, że pociąg odjechał bez nich.

Ale czy w okolicy przejeżdżał jakiś pociąg z Polski? Jedyny obecny na posterunku policjant próbował zweryfikować historię dziewczyn. Poszedł zadzwonić do pokoju obok. Po kilku minutach jedna z dziewcząt stwierdziła, że trzeba podjąć jakąś akcję.

„Stefka poszła za policjantem, żeby go poprosić o papierosa. Tak powiedziała. Długo nie wracała. Kiedy wyszli razem z pokoju, oboje byli w wyśmienitym humorze. Wszystko załatwione!”

Mala teraz się z tego śmieje. Czasem insynuuje, że wiedziała wówczas, co wyprawiała Stefka z policjantem, ale kiedy pytam o to otwarcie, zaprzecza: „A cóż ja wtedy wiedziałam o życiu?!”. Powtarza historię o Stefce i policjancie w typowy dla siebie sposób: krótkimi zdaniami, które wydają się kończyć wykrzyknikiem, uzupełnionym zwykle znakiem zapytania. „Wówczas myślałam jeszcze, że w ciążę można zajść od pocałunku!” Z tego właśnie powodu nie pocałowała w piątek wieczorem przed wyjazdem z Wolmirstedt swojego Czecha, chłopaka, z którym tańczyła tango. „A on oczywiście próbował”.

Policjantowi w Wolmirstedt wmówiły, że nie mają przy sobie papierów. Nie chciały, żeby je odesłano z powrotem do Bremy. Kazał im wypełnić formularze. Mala nazywała się już od miesięcy Janina Gmitruk. Nie stanowiło to problemu. Teraz jednak musiała wypełnić również nazwisko swojej fikcyjnej matki. Nie wiedziała, co wymyślić. W końcu przypomniała sobie o sklepie w Bremie, nad którym widniało nazwisko „Wassermann”, przez podwójne „s” i podwójne „n”. Uznała, że się nada, bo sama nazywała się przez jakiś czas Waserman, kiedy mieszkała razem z siostrą i szwagrem Majlochem Wasermanem w warszawskim getcie. Poza tym dzięki sklepowi w Bremie zrozumiała, że będzie to niemieckie nazwisko, pod warunkiem że się je napisze przez podwójne „s” i podwójne „n”. Stenotypistkom w Bremie już i tak nazmyślała, że jej mama jest Niemką, dlatego teraz napisała: „Maria Wasser- mann. Urodzona i zamieszkała w miejscowości Kolonie Karpy”.

Dziewczęta nie mogły wrócić do gospodarstwa, w którym mieszkała i pracowała siostra Kaśki. Było ono niewielkie i nie potrzebowało więcej pracowników. Zawieziono je do większego gospodarstwa, zatrudniającego ponad stu robotników przymusowych. Wszyscy byli Polakami. Nazywali to miejsce po polsku dworem, a właściciela – Friedricha Lossa – baronem. Mala poznała jeszcze jedną sympatyczną Niemkę, a dokładnie folksdojczkę i żonę nadzorcy. Pochodziła z terytorium Rzeszy, ze Śląska, który przed wojną należał do Polski, dlatego mówiła też płynnie w tym języku. W czasie południowej przerwy Mala i tutaj zaczęła deklamować wiersze. „Wszystkim bardzo się to podobało”. Mala miło zapamiętała kolejne tygodnie. „Byłam szczęśliwa”. Jednocześnie praca na roli bardzo ją męczyła. Poświęciła wiele, żeby uciec od jedynej osoby, która znała jej tajemnicę: porzuciła wygodną pracę stenotypistki, za którą otrzymywała pensję. Mala przypomina sobie, że najgorszą harówką było zbieranie buraków cukrowych: trzeba było za jednym pociągnięciem oderwać liście od bulwy, bez rękawiczek. Puchły i krwawiły jej od tego ręce.

W przeciwieństwie do niej przyjaciółki, z którymi przyjechała z Bremy, były niezwykle zadowolone z nowego zatrudnienia. Od dziecka pracowały na roli. Poza tym tutaj nie brakowało im jedzenia. I obie znalazły sobie wkrótce chłopaków – obaj Polacy pracowali w zakładzie kiełbaśniczym należącym do barona.

Fragment pochodzi z książki “Już nie chcę być człowiekiem. Opowieść o przetrwaniu Zagłady” Pietera van Osa (tłum. Iwona Mączka), str. 170-173.