Aktualności

Przeczytaj fragment książki
23.07.2021

Przeczytaj fragment książki "Szarak za miedzą. Prywatne życie pola"

Ta książka to historia naturalna, przekazana z bliska. Jest świadectwem zażyłości ze światem przyrody. Powstała z wnikliwej obserwacji roślin i zwierząt żyjących na ziemi uprawnej i pod nią – od pracowitych bakterii po pustułkę patrolującą z wysoka łany zboża. To opowieść o polnych myszach w gniazdach przyczepionych do łodyg pszenicy i o zającach, które biegną, by chronić swoje życie. Napisana z pasją, pociętymi od słomy palcami i w ubłoconych kaloszach. Jest to opowieść o naszym krajobrazie i o nas samych. I jest to historia pola, które było o krok od śmierci.

Przeczytaj fragment książki Johna Lewisa Stempela w tłumaczeniu Hanny Jankowskiej!

 

 

Tego nie można wyrazić w sposób wyszukany i po literacku: nie cierpię rolnictwa przemysłowego. Jeżeli środki chemiczne zalewające ziemię są tak niesamowicie bezpieczne, to dlaczego opryskiwacze mają tak szczelne kabiny? Na mocy prawa, a konkretnie europejskiej normy 15695-1:2009, opryskiwacz musi być zaopatrzony w filtr węglowy, który ze skutecznością dziewięćdziesięciu dziewięciu procent zapobiega przedostaniu się do kabiny trującego pyłu i oparów. Skoro pestycydy i herbicydy stwarzają zagrożenie dla rolników, to są niebezpieczne. Kropka.

(…) Dlaczego nie miałbym nabyć kawałka pola uprawianego dotąd w nowoczesny sposób, zaorać go i gospodarować po dawnemu, bez środków chemicznych, zrobić z niego pole pszenicy jak za dawnych czasów? Przywrócić mu kwiaty, które prawie zniknęły z brytyjskich łanów, jak kąkol, Triodanis perfoliata zwana lusterkiem Wenus, czechrzyca grzebieniowa, złocień polny i chaber o barwie jaskrawej jak czerwcowe niebo? A także ptaki i zwierzęta, które ukochały taką ziemię – kuropatwy, przepiórki, myszy badylarki.

Oraz zające. Czy udałoby mi się zwabić zająca? Derkacza się nie da, ponieważ – jeśli nie liczyć niewielkiej kolonii w Cambridgeshire, gdzie je introdukowano – całkiem w Anglii wyginęły. Ale może z zającem mi się powiedzie. (…)

Jest tylko jeden problem. Nasze gospodarstwo znajduje się na wzgórzach daleko stąd, pod czarną ścianą Walii, gdzie rośnie tylko trawa i hoduje się owce. Trzeba znaleźć ziemię uprawną. Orne pole, na którym będzie się uprawiać zboże. (…)

Tylko że nikt nie chce mi wydzierżawić ziemi pod tradycyjną uprawę. Daję ogłoszenia, pytam na Twitterze, rozkładam wizytówki w wiejskich sklepikach od Ross po Ledbury. Sęk w tym, że pole należałoby wyłączyć z płodozmianu, a jeszcze poważniejszy problem to słowo na „ch”. Kiedy tylko w rozmowach z nielicznymi osobami, które odpowiadają na moje ogłoszenia, napomykam, że chcę zasiać polne kwiaty, odpowiedź zawsze brzmi tak samo: „To chwasty, mogą zanieczyścić nasze zboże”.

Znajomy farmer wyraża się jeszcze dosadniej. Rozwożę swoim land roverem jaja z naszej farmy (od kur z wolnego wybiegu, których mamy całe mnóstwo, takich ras jak light

sussex, cream legbar, araucana, maran, minorca, wyandotte, speckledy, barnevelder, warren, bojowiec staroangielski). Na wąskiej bocznej drodze w Wormbridge muszę zwolnić, żeby przepuścić nadjeżdżający z przeciwka czarny nissan warrior z napędem na cztery koła, tylko trochę większy od okrętu liniowego. Opuszczam szybę, ucinamy sobie pogawędkę, pytam o pole uprawne, na co słyszę odpowiedź: – Chwasty? Chcesz hodować chwasty? Już ja ci, kurwa, pokażę chwasty.

W końcu przez wspólną znajomą, Joannę, nawiązuję kontakt z Philipem Millerem, szefem agencji reklamowej i właścicielem kawałka ziemi w St. Weonards na południu Herefordshire. „To zapalony obserwator ptaków” – mówi Joanna.

Jakieś dziesięć lat temu Phil Miller, wiedziony kaprysem, kupił trzy akry lasu, a razem z lasem trzy pola – dwa przeznaczone na stałe pod pastwiska, jedno uprawne, a do tego zapuszczony ogród przy wiejskiej chacie. Sam mieszka w St. Albans, pola wydzierżawia. Obecna dzierżawa kończy się w grudniu. Trochę się potargowaliśmy i w końcu wziąłem całą ziemię – łącznie piętnaście akrów – w dwuletnią dzierżawę. Nie wygląda to idealnie, a najgorsze, że na polu uprawnym kwiaty polne będą mogły rosnąć tylko przez rok. Potem muszę obsiać je trawą.

Jeden rok. Jedyna okazja.

*

Pole nazywa się Flinders, od nazwiska dawnego właściciela. Tak mi powiedziano. Ma cztery akry powierzchni, na których gęsto rośnie jarmuż przeznaczony do spasienia na miejscu. (Muszę kupić od ostatniego dzierżawcy tę jędrną zieloną paszę). Zima ukazuje się w zmyłkowym styczniowym słońcu, kiedy obchodzę swoją nową, choć tymczasową nieruchomość, sporządzając w myślach mapę pola.

Jest prawie kwadratowe, otoczone z trzech stron przystrzyżonym na jeża żywopłotem, z jednej ogrodzone siatką, pod nią zaś przebiega część rowu, który ostro zakręca, by znaleźć się głęboko pod żywopłotem od zachodniej strony. Pełen jest czerwonego błota – to górna warstwa gleby spływająca z Flinders i dwudziestoakrowego pola pszenicy należącego do sąsiada. Nad tym mulistym wężem zwisa parę wynędzniałych pokrzyw, brzegu rowu czepia się kilka paproci. Na pierwszy rzut oka Flinders rozczarowuje, jest nijakie, bez właściwości, ager rasus.

W ciepłym jak na tę porę roku powietrzu wirują komary. Stado zadziornych kawek oddaje się na niebie jakiejś szczeniackiej zabawie. Poza tym pole jest zimne i ciche: mauzoleum

o niewidzialnych ścianach i dachu. Obchodzę je ponownie, dokładniej przyglądając się wszystkiemu: jarmużowi, rowowi, żywopłotom i szerokiemu na sześćdziesiąt centymetrów pasowi trawy sponiewieranej przez zimę, który ujmuje pole w kosmatą płową ramę. W żywopłocie od zachodniej strony ścięto niedawno dwie olchy, wszędzie rozsypane są trociny. Dlaczego? Może ocieniały uprawy. W żywopłotach okalających pole nie ma ani jednego drzewa. W górnym północno-zachodnim rogu sterczy uparty pień wiązu. Miło z jego strony. Na tyle zachodzi na pole, że jarmuż musi go okrążyć.

„Tory tramwajowe”, ślady po kołach opryskiwacza, to widmowe linie w zagonach jarmużu. Kiedyś wiejski krajobraz przecinały drogi, dróżki i ścieżki konne, teraz linie wskazują, którędy przejechały maszyny.

Na drugi rzut oka Flinders rozczarowuje jeszcze bardziej. Gdy zamykam za sobą bramę, mija mnie opryskiwacz. Dla niektórych to może piękny dzień, dla rolnika od industrialnych upraw taka pogoda to okazja, żeby rozpylić powschodowy herbicyd.

Flinders jest niezwykłe tylko pod jednym względem: jak na obszar ziemi uprawnej jest bardzo małe. Sąsiednie pole ma co najmniej dwadzieścia akrów powierzchni. Krajobraz – rozległy, otwarty na południe i wschód, w kierunku Ross – jest całkiem przyjemny, faliście wznosi się i opada, a strzeliste topole zakłócają regularność siatki rozległych pól, której kwadraty ciągną się bez końca jeden za drugim, daleko w kierunku wschodnim. W nietypowym dla tej pory roku świetle słonecznym olchy rosnące nad odległym potokiem wyglądają jak fioletowawe znamię.

Wiecie, że mrużąc oczy, można rozpikselowany obraz zobaczyć wyraźnie? Wiedziony nieokreślonym impulsem przymykam je i przez sekundę dostrzegam prawie niewidzialne zagłębienia w miejscach, gdzie przed wielkim karczowaniem z lat sześćdziesiątych rosły żywopłoty. Widzę piękną przeszłość.