Aktualności

Śladami lutnika w Sofii
17.09.2020

Śladami lutnika w Sofii

„Ballada o lutniku” to kameralna bułgarska powieść osadzona w powojennej Sofii. Książka opowiada o niezwykłej przyjaźni, która połączyła małego chłopca z mistrzem lutnictwa, Georgiem Henigiem. Jak pisze Jarosław Czechowicz, to „rzecz o chłopięcych doświadczeniach i męskiej pamięci. O niezwykłej przyjaźni, pasji tworzenia i o tym, że w komunistycznej Sofii wygrała miłość”. Polecamy Wam posłowie do książki autorstwa tłumaczki, Marioli Mikołajczak, która udała się do bułgarskiej stolicy, tropiąc częściowo zamazane już dziś ślady bohaterów powieści i samego Wiktora Paskowa (1949 – 2009), jednego z najważniejszych pisarzy bułgarskich. 

 

Kiedy zimą ubiegłego roku wyjeżdżałam na kilka dni do Sofii, moja przyjaciółka, która spędziła w tym mieście niemal całe swoje życie, zapytała, gdzie będę mieszkać. Wymieniona przeze mnie nazwa hotelu nic jej nie mówiła, więc dopytywała dalej o jego lokalizację. „Na ulicy Cyryla i Metodego” — odpowiedziałam zgodnie z prawdą, ale to wywołało tylko lawinę dalszych pytań: dlaczego właśnie tam, czy znam tę dzielnicę, czy nie było czegoś bliżej uniwersytetu? Pytaniom nie było końca i dobrze wiedziałam, do czego one zmierzają — do stwierdzenia, że to nie jest miejsce, gdzie można całkowicie bezpiecznie poruszać się po zmroku, że samotnie podróżująca kobieta powinna dokonywać rozsądniejszych wyborów, że owszem, pieszo droga do centrum zajmie mi jakieś dziesięć minut, ale nie będzie to najbardziej malownicza trasa. A ja nie chciałam malowniczej, chciałam właśnie tam, w tej dzielnicy. „Tam będę blisko Georga Heniga” – brzmiała moja odpowiedź.

 

Przez kilka dni poruszałam się więc dokładnie tą samą trasą, którą mały Wiktor przemierzał ze swoim ojcem w drodze do mieszkania starego lutnika. Dzielnica zmieniła się bardzo od czasów, w których toczy się akcja „Ballady o lutniku”, ale jej proletariacki duch pozostał. Budynki w całej okolicy nie należą do najnowszych, kilka tak zwanych plomb zbudowanych już pod koniec XX wieku nie zmieniło wizerunku okolicy. Na pierwszy rzut oka widać, że u swoich początków była to dzielnica prestiżowa, położona bardzo blisko centrum, ale i blisko dworca kolejowego, zielona, zadrzewiona, zbudowana „na ludzką miarę”, dla wszystkich tych, którzy zaczęli tworzyć nowe kadry stolicy. Jej upadek i stopniowa degradacja są już dziełem okresu demokracji ludowej. Teraz jest dalekim wspomnieniem własnej dawnej świetności, lepiej pamięta czasy, gdy domy takie jak ten, w którym mieszkali bohaterowie książki, z dawnych bogatych willi stały się kamienicami podzielonymi na dziesiątki maleńkich mieszkań dla robotników i tak zwanej inteligencji pracującej. Zapewne dzisiaj w tych mieszkaniach wciąż żyją tacy jak Manolczo, co wieczór starający się utopić swoje troski w rakii, jakieś małżeństwo kłóci się na całe gardło jak Frosa i Jorde, a współcześni Roleńscy, sprzedawcy kebabów, słuchają wspólnie radia. Tyle że już nie Wolnej Europy, ale jakiejś stacji nadającej czałgę, czyli bułgarską odmianę disco polo. W powietrzu czuje się zapach dochodzący z ich kuchni i tylko czekać, aż zza rogu wyłoni się zgarbiony starzec w znoszonych, niemodnych ubraniach z innej epoki albo zmęczony życiem ojciec trzymający za rękę małego chłopca ze skrzypcami.

Na skrzyżowaniu ulic Rakowskiego i Iskru nie ma już gospody, w której ojciec Wiktora kupował wino, jest za to mały, solidnie okratowany sklepik, w którym można kupić dosłownie wszystko. Stamtąd można pójść dalej ulicą Iskru, nazwaną tak od przepływającej na obrzeżach miasta rzeki, i potykając się na pokruszonych płytach chodnikowych, dojść do ulicy Panajota Wołowa, przy której mieszkał stary Henig.  A jeśli się nie chce oddychać taką atmosferą, wystarczy minąć tamten narożny sklepik, pójść dalej ulicą Rakowskiego, minąć Operę Narodową, majestatyczny sobór Aleksandra Newskiego — i już się jest w centrum. Już się jest w takiej Sofii, jaka przed pierwszą wojną światową i tuż po niej przyciągała setki ludzi z całej Europy. Nadal można przespacerować się po żółtej kostce brukowej — od 1907 roku symbolu stołecznego centrum. Żółta kostka poprowadzi od placu przed soborem. Można nią przejść obok budynku parlamentu, Akademii Nauk i dalej, aż do Teatru Na- rodowego, albo skręcić w prawo, w stronę dawnego carskiego pałacu, dziś Galerii Narodowej, naprze- ciwko której jeszcze nie tak dawno stało mauzoleum Georgiego Dymitrowa. Ta okolica ma wysoką rangę.

„On chodzi po żółtej kostce” — mówi się o kimś, kto albo sprawuje władzę, albo jest mieszkańcem stolicy z dziada pradziada. Legenda miejska głosi, że żółta kostka była podarunkiem ślubnym dla bułgarskiego władcy —  księcia (późniejszego cara) Ferdynanda  z rodu Sachsen-Coburg-Gotha i Marii Luizy z Burbonów. W istocie była importem z Austro-Węgier, zrealizowanym na zamówienie mera Sofii.

Wkraczając w XX stulecie, młode bułgarskie państwo, zaledwie ćwierć wieku wcześniej odrodzone po trwającym pięćset lat panowaniu imperium osmań- skiego, potrzebowało pomocy w budowaniu nowoczesnego, europejskiego kraju. Jak magnes przyciągało ludzi z wielu państw. Tworzono wszystko od podstaw, więc potrzebna była pomoc w niemal każdej dziedzinie. Brakowało  inteligencji, fachowców  z wyższym wykształceniem ciągle było za mało na potrzeby kraju. Najbardziej jednak brakowało ludzi kultury. Uniwersytet w Sofii — istniejący dopiero od 1888 roku — nie mógł w krótkim czasie zapewnić wykształcenia tylu osobom, ilu potrzebowała Bułgaria. Młodzi Bułgarzy jeszcze przed wyzwoleniem garnęli się do nauki, a nie mogąc zdobyć wykształcenia u siebie, wyjeżdżali na uniwersytety w całej niemal Europie, najchętniej do Lipska, Wiednia, Moskwy, Petersburga i Odessy. Tyle tylko, że studia wybierali pragmatycznie, przygotowując się do wykonywania zawodów technicznych i inżynieryjnych. Dobrym wyborem była też medycyna i prawo. Pozostali absol- wenci potrzebni byli jako nauczyciele, bo i oświata do- piero raczkowała. Niewielu było takich, którzy chcieli i mogli sobie pozwolić na studiowanie w konserwatoriach. „Przez długi czas szóstej muzie służyły w tym kraju jedynie kapele wojskowe, prowadzone przez czeskich głównie kapelmistrzów, zagraniczne zespoły muzyczne występujące w ogródkach restauracyjnych oraz orkiestry szkolne” — pisał historyk i dziennikarz Zbigniew Klejn w swoich esejach o historii Bułga- rii, zebranych w tomie „Bułgaria — szkice z dziejów najnowszych” (Wydawnictwo Wyższej Szkoły Hu- manistycznej im. Aleksandra Gieysztora w Pułtusku, 2005). Zaproszenie do stworzenia życia muzycznego w Bułgarii skierowano do obcokrajowców. Przyjęli je chętnie Włosi i Czesi, wśród nich bohater książki, mistrz lutnictwa z Moraw, Georg Henig, twórca szkoły lutniczej, który wykształcił całe pokolenie bułgarskich mistrzów tego rzemiosła.

W rzeczywistości Czesi — nie tylko muzycy — podeszli do zaproszenia z wielkim entuzjazmem i licznie przybyli do Bułgarii. Dość powiedzieć, że jednym z pierwszych ministrów oświaty został Czech, profesor Konstantin Jireček, historyk, polityk, dyplomata i slawista, autor pierwszego naukowego opracowania dotyczącego historii Bułgarii — jego „Geschichte der Bulgaren” wydano w Pradze już w 1876 roku. Trwałe miejsce w historii znaleźli też przyrodoznawcy i ar- cheolodzy, bracia Hermenegild i Karel Škorpilowie. Starszy z nich, Hermenegild, przez ponad piętnaście lat kierował Muzeum Archeologicznym w Sofii i Warnie, obu uważa się za ojców bułgarskiej archeologii i pionierów tamtejszego muzealnictwa.

Literacka postać czeskiego lutnika stworzona przez Wiktora Paskowa miała swój pierwowzór w konkretnej postaci działającej przed wojną na muzycznej scenie Sofii. Nie do końca jednak wiadomo, ile   w książce Paskowa jest fikcji, ile prawdy. Wiadomo, że sam Paskow miał wykształcenie muzyczne, a jego pierwsze książki: „Niedojrzałe zabójstwa” („Невръстни убийства”, 1986), „Ballada o lutniku” („Балада за Георг Хених”, 1987), „Niemcy – haniebna historia” („Германия – мръсна приказка”, 1992), oparte były na wątkach autobiograficznych. W jednym z wywiadów pisarz wspominał, że stał się w dzieciństwie posiadaczem najmniejszych skrzypiec, tak zwanych ósemek, wykonanych specjalnie dla niego. Podobno w latach dziewięćdziesiątych po jakimś koncercie podszedł do niego człowiek, który powiedział, że te same skrzypce widział po latach w Izraelu, w rękach innego utalentowanego chłopca.

Stary Georg nosi prawdziwe nazwisko — tak właśnie nazywał się lutnik, który wykonał dla kilkuletniego Paskowa maleńki, niezwykły instrument. Na pierwszy rzut oka widać, że u podstaw tego nazwiska leży niemiecki rzeczownik Honig, czyli ‘miód’. Jest to więc nazwisko znaczące, związane z usposobieniem dziadka Heniga i jego stosunkiem do życia. Aż trudno uwierzyć, że nie jest zmyślone, aż chciałoby się go na- zwać Miodkiem. Tyle tylko, że wtedy utraciłoby swój koloryt i swoją obcość. A przecież Georg Henig, przez bliskich nazywany swojsko „dziadkiem Georgim”, pozostał obcy do końca życia, chociaż wrósł w Bułgarię tak bardzo, że nawet w najgorszych czasach nie przyszło mu do głowy, żeby ją opuścić.

Lata pięćdziesiąte, w których toczy się akcja powieści, były w Bułgarii jednym z najmroczniejszych okresów w jej powojennej historii. Nowy ustrój, wprowadzony przy pomocy armii sowieckiej 9 września 1944 roku, oficjalnie miał ją wyzwolić z okowów faszyzmu, w jakie popadła za sprawą współpracujących z III Rzeszą władz carskich. W rzeczywistości przyniósł brutalne rządy komunistów, które szybko okrzepły i utrzymały się aż do 1990 roku. Ograniczenie swobód obywateli przybrało gargantuiczne roz- miary. Niepokorni trafiali do obozów koncentracyjnych. Życie kulturalne niemal zamarło, a wszystko to, co wiąże się z prawdziwym człowieczeństwem — jak dobro, prawda, moralność — stawało się pustymi hasłami. W dzielnicach takich jak ta, w której mieszkali bohaterowie Paskowa, rodził się nowy człowiek: sku- piony na przetrwaniu, na zdobywaniu środków do życia, w istocie jednak żyjący byle jak zarówno pod względem materialnym, jak i duchowym.

Wiktor Paskow pamiętał tamte czasy. Urodził się w roku 1949, a więc mroki komunizmu lat pięćdziesiątych, a i późniejszych, docierały bezpośrednio do jego dziecięcej świadomości. Był zapewne dzieckiem wrażliwym, skoro natura obdarzyła go talentem muzycznym. Tego talentu nie zaniedbał, chociaż naukę gry na skrzypcach przerwał po kilku latach. W 1976 roku ukończył studia w lipskim konserwatorium im. Feliksa Mendelssohna. Po studiach pozostał w NRD, gdzie pracował jako kompozytor, śpiewak jazzowy i krytyk muzyczny. W 1980 powrócił do Bułgarii i rozpoczął pracę w Studiu Filmowym Bojana jako redaktor i scenarzysta. Jego kariera zawodowa nie była prosta — był dyrektorem teatru w Burgas, potem dyrektorem państwowej telewizji, kierował Bułgarskim Centrum Kultury w Berlinie, a pod koniec życia tę samą funkcję pełnił w szwajcarskim Bernie. Piastowanie wysokich stanowisk wikłało go w politykę, czego do dziś wielu krytyków jego twórczości nie potrafi mu wybaczyć. Czytam złośliwe internetowe wypowiedzi na temat Wiktora Paskowa i nie mogę się nadziwić, że są tacy, dla których polityka i skandale są ważniejsze od ponadprzeciętnego talentu i zna- komitej twórczości. Powód jest jeden — Wiktor Paskow był postacią barwną, nietuzinkową, wzbudzającą w ludziach emocje. Nawet teraz, ponad dziesięć lat po śmierci, nie jest dla Bułgarów kimś obojętnym.

„Wiktor Paskow żył podobnie, jak żyli jego bohaterowie. Najbardziej ze wszystkiego nienawidził konformizmu, filozofii opuszczonej pokornie głowy i plebejskiej wiary w dzień dzisiejszy. Dlatego właśnie jest jednym z nielicznych posłanników światłości i ducha” – napisał po jego śmierci w gazecie „Trud” poeta i publicysta Iwan Granitski. Rok później w tej samej gazecie ktoś inny wspominał: „Wiktor pisał w sposób brylantowy, śpiewał profesjonalnie, gotował w natchnieniu, kochał jak szalony i jak szalony się odkochiwał”.

Żałuję, że nie udało mi się poznać go osobiście. Jako powieściopisarz Wiktor Paskow zadebiutował w 1986 zbiorem trzech opowiadań „Niedojrzałe zabójstwa” („Невръстни убийства”). „Ballada o lutniku” („Балада за Георг Хених”) ukazała się rok później i ugruntowała jego pozycję jako znanego pisarza. Przyniosła mu też nagrodę na Targach Książki we francuskim Bordeaux, a później została przetłumaczona na wiele języków. Szybko, bo już dwa lata po premierze,  „Ballada”  doczekała  się  ekranizacji  — film „Ty, któryś jest w niebie” („Ти, който си на небето”) w reżyserii Doczo Bodżakowa został nakręcony według scenariusza napisanego przez samego Wiktora Paskowa. Film obejrzałam nie raz. Książkę, zanim zaczęłam ją tłumaczyć, przeczytałam wielokrotnie, za każdym razem odczuwając inny rodzaj emocji. Bo „Ballada o lutniku” przy każdym nowym czytaniu budzi nowe refleksje. Początkowo czyta się ją jak historię o przyjaźni małego, utalentowanego chłopca ze starym rzemieślnikiem. Czyta się bez trudu, bo zdania Paskowa są krótkie, utrzymane w tonie  informacyjnym, nie ma w nich retorycznych ani stylistycznych figur, które wprawiałyby czytelnika w zakłopotanie. Może trochę bardziej skomplikowane są partie wypowiadane przez samego Georga Heniga, który nie do końca opanował bułgarską gramatykę, koślawi więc język, tworząc własną czesko-bułgarską hybrydę. Pozwala mu ona tkwić jednocześnie w obu światach — na fizycznie dalekich równinach Moraw i w sofijskim obskurnym mieszkaniu. Pozwala rozmawiać z duchami żony i rodziców, ale też sprawnie porozumiewać się z małym Wiktorem. Czytając, można się także skoncentrować na historycznej warstwie utworu i odbierać go jak świadectwo tamtych czasów. Wtedy główną rolę zaczynają odgrywać szczegóły pominięte podczas czytania skupionego na fabule. Po jakimś czasie dostrzega się warstwę filozoficzną książki i jej prawdziwe przesłanie.

Paskow opisuje w istocie zderzenie dwóch światów. Pierwszy — zamieszkiwany przez starego wytwórcę skrzypiec — jest światem umierającej sztuki i pokory wobec siły muzyki, która jest w stanie pokonać wszystkie historyczne przełomy i polityczne ograniczenia. Drugi świat — ten, z którego mały Wiktor poszukuje ucieczki — jest brutalną rzeczywistością wczesnych lat komunistycznego reżimu, światem, w którym jedynie oportunizm gwarantuje jako taką pozycję materialną. Droga chłopca do dorosłości prowadzi przez niełatwe spotkania z przemijaniem i śmiercią, z niezrozumieniem i wstrząsającymi paradoksami socjalizmu. Najtrudniejsze są jednak spotkania z ludzką małością.

„Ballada o lutniku” jest moralitetem, który jest wolny od moralizowania, powieścią historyczną bez opisu wielkich wydarzeń, trzyma w napięciu, choć nie jest książką sensacyjną, wzrusza, mimo że nie ma w niej romantyzmu. Mimo niewielkich rozmiarów jest książką bardzo ważną.

Mariola Mikołajczak